wtorek, 22 kwietnia 2014

3. Pewne magiczne miejsce na Ziemi zwane Hogwart.

- Spójrz na niebo i powiedz mi,                                                                                                                    co widzisz? 
Czy widzisz miliony, miliardy gwiazd?                                                                                                         czy jeden, samotny księżyc?        
- Co ma mi to niby dać?
- Odpowiedź. Odpowiedź na najważniejsze pytanie w twoim życiu.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                             

3. Pewne magiczne miejsce na Ziemi zwane Hogwart.
Drzwi przedziału otworzyły się z hukiem tylko po to żeby zostały zamknięte z jeszcze większym trzaskiem. Z przedziału wypadła dziewczyna. Przez chwilę kręciła się w kółko aż w końcu oparła się o okno i próbowała uspokoić nerwy widokiem zza okna. Nietrudno domyślić się kim była.  Lily zacisnęła mocno oczy tak aby nie wypłyneły z nich łzy. Nie płakała prawie nigdy, ale była w końcu tylko 11-latką, która została wyciągnięta w tą dziwną grę. A przecież jeszcze godzinę temu wszystko było takie wspaniałe! Właśnie pokłóciła się z Severusem. Po prostu zapytała się kim jest szlama, a on się zdenerwował.  Krzyczał,  bo dziewczyna chciała wiedzieć dlaczego jest zły. Nie rozumiała go. Od chwili gdy przekroczył mur między peronem 9 a 10 był zupełnie innym człowiekiem.  Lily energicznie oderwała się od okna i poszła na tył pociągu. Nie wiedziała dlaczego. Po prostu wiedziała, że tam chce teraz być. Nie wiedziała, że podświadomie szuka Jamesa.
                                                                                               * * *
Kiedy drzwi pociągu otworzyły się Syriusz i James weszli jako jedni z pierwszych. Szukali przedziału i natrafili właśnie na ten. Czy to nie dziwne,  że spośród wszystkich weszli właśnie do tego? Siedziały w nim dwie osoby w ich wieku - wysoki chłopak o jasno brązowych włosach i spojrzeniu trochę zbyt pochmurnym jak na 11-latka i drugi wyraźnie niższy, pulchny chłopczyk siedział w rogu zajadając się czekoladą. Byli to Remus Lupin i Peter Pettigrew. Pierwszy był bardzo utalentowany i miał niezwykłą wiedzę jak na swój wiek. Drugi po prostu był.  Chłopcy szybko przypadli sobie do gustu. Omawiali właśnie ich pierwszą ucztę w Hogwarcie, a mianowicie co zrobić żeby była niezapomniana nie tylko dla ich rocznika, gdy James zauważył przez szybę przedziału burzę rudych włosów. Wyszedł szybko na korytarz.
- Lily! - krzyknął uśmiechając się szeroko gdy dziewczyna odwróciła się. Spoważniał jednak gdy zobaczył jej zaczerwienione oczy. Podszedł do niej szybko. - Lily... Co się stało?! - ona nie odpowiedziała nic, przytuliła się jedynie mocno do Jamesa i zaczęła płakać. Szloch wstrząsał jej całym ciałem. Chłopak zaskoczony klepał ją niezdarnie po plecach i czekał aż się uspokoi. - Wszystko w porządku? - zapytał cicho. Kiedy minął pierwszy szok James poczuł się naprawdę dobrze trzymając w ramionach Lily. Poczuł się odpowiedzialny za nią i jednocześnie czuł narastający gniew; chęć skrzywdzenia tego kto skrzywdził jego Lily. Dziewczyna oderwała się w końcu od niego. Wyglądała na lekko zawstydzoną swoim zachowaniem.
- Mogę cię o coś spytać?  - zapytała tak cicho, że James ledwo ją usłyszał. 
- Oczywiście. - odpowiedział miękko. 
- Ale obiecaj, że nie będziesz krzyczeć.  - powiedziała, jeśli to w ogóle możliwe, jeszcze ciszej - Po prostu obiecaj. - dodała trochę pewniej widząc,  że James nie bardzo rozumie o co chodzi.
- Nie mam powodu, żeby krzyczeć.  Nie zrobiłaś nic złego. Ale obiecuję. - Rudowłosa wzięła głęboki oddech
- James... kim jest szlama? - Brunet poczuł,  że w gardle staje mu wielka gula. Szlama. Oczywiście wiedział,  że Lily pochodzi z mugolskiej rodziny - to było widać,  ale nigdy nie nazwał by jej tak. To była podstawowa zasada wpajana mu od dziecka. Zawsze jej przestrzegał a do czarodziejów wciąż używających tego określenia czuł wstręt. Tysiące myśli przewijało mu się przez głowę. Na początek musiał jednak uspokoić się i powiedzieć coś. Obiecał przecież,  że nie zdenerwuje się. 
- Dlaczego... miałbym krzyczeć? - nic lepszego nie przychodziło mmu do głowy, grał na czas.
- Ja... myślałam... że to słowo jest... złe. - wydukała. "Wstydziła się" zauważył ze zdziwieniem James "Przecież to ja powinienem wstydzić się za tych, którzy tak ją powitali w nowym świecie!"
- Lily... czy ktoś powiedział tak... mając na myśli ciebie? Czy ktoś cię tak nazwał? - dziewczyna spojrzała się na niego podejrzliwie.
- Skąd wiesz? - James westchnął ciężko
- Bo szlama jest bardzo złym słowem. - zaczął wiedząc, że Lily oczekuje od niego wyjaśnień.  Nie umiał jednak ubrać tego w słowa,  nie chciał jej urazić.  - Jakby ci to powiedzieć... Pewnie zdążyłaś zauważyć,  że niektórzy czarodzieje są... inni.
- Chodzi ci o to, że zawsze wiedzieli,  że są czarodziejami tak jak Sev? - Lily spojrzała się pogodnie na chłopaka. Wiedziała,  że cokolwiek znaczy ta tajemnica najważniejsze jest to, że James ją zrozumiał i nie zareagował tak jak Sev.
- Tak. I niektórzy z nich, nie wszyscy,  ale niektórzy. Naprawdę garstka nadal używa tego słowa mówiąc o czarodziejach z mugolskich domów. - Lily zmarszczyła brwi zastanawiając się do czego zmierza brunet. - Szlamą określa się czarodziejkę, kiedy ta nie jest czystej krwi. Kiedy jej rodzice są mugolami. - dziewczyna wolno trawiła informacje.  "Złe słowo,  nieczystej krwi, mugole?" myśli powli przewijały się przez jej głowę. - Jeśli ktoś cię tak nazwie ma na celu jedynie cię obrazić. - teraz już wszystko rozumiała.  Zachowanie Severusa, tamtego bladego chłopaka, jego pogardliwe spojrzenie. Spojrzała się Jamesowi prosto w oczy. Była gorsza. Widziała ból w jego oczach, wiedziała,  że nie chciał jej urazić.  Ale ona była gorsza. Nie powinna nikomu przynosić wstydu.
- Jestem... szlamą.  - powiedziała cicho
- Nie! Nikt nie ma prawa tak o tobie mówić rozumiesz? Nawet ty sama! - powiedział chwytając ją za nadgarstki.
- James... puść. - chłopak posłusznie wykonał polecenie - Ja... muszę trochę pomyśleć.  Pobyć sama. Dziękuje ci. - powiedziała Lily i zaczęła odchodzić. 
- Lily! To, że nie urodziłaś jako córka czarodziejów nie znaczy, że jesteś gorsza. Wręcz przeciwnie. Pokaż im, że jesteś silna. Silniejsza od nich! - rudowłosa nie odpowiedziała nic i zostawiła przygnębionego chłopaka samego na korytarzu.
                                                                                          * * *
Lily znalazła spokojne miejsce na końcu pociągu.  Długo myślała nad tym co powiedział jej James. Tak naprawdę była to kłótnia Lily i tego cichego głosiku w głowie,  który każdy tak dobrze zna.
" - Lily, przestań już się załamywać. W końcu to miał być najlepszy dzień w twoim życiu! 
- A po drodze dowiedziałam się, że jestem szlamą. 
- To, że jakiś idiota cię tak nazwał nie znaczy,  że jesteś od niego gorsza. To działa tak jak u mugoli. Niektórzy szukają sobie ofiar, które potem wyzywają,  bo podświadomie czują się gorszi.
- James tak uważa...
- Co?!
- Powiedział,  że czarodzieje czystej krwi są lepsi ode mnie.
- O nie! Doskonale słyszałam co powiedział! Powiedział,  że NIEKTÓRZY,  ZACOFANI czarodzieje uważają się za lepszych. A potem mówił żebyś się nie poddawała.
- A Sev?
- To, że nie chciał ci nic powiedzieć znaczy tylko, że nie chciał cię urazić. 
- Ostatnio nikt nie chce mnie urazić.  Nie za bardzo im to wychodzi... A co będzie jak wszyscy będą szeptać "Patrz! To ta szlama!"
- Masz bardzo duże ambicje. Chcesz być sławna na całą szkołę? 
- Wiesz, że nie o to mi chodzi!
- Więc skopiesz im tyłki we wszystkich możliwych dyscyplinach tak, że będą czuli do ciebie respekt. A kiedy będziesz przechodziła będą szeptali "Patrz! To ta Evans! Jest najlepsza we wszystkim chociaż jej rodzice to mugole!"
- Dlaczego na co dzień nie mogę być bardziej tobą? Tą optymistyczną Lily?
- Zmień to. Idź teraz do swojego przedziału a jeśli spotkasz po drodze tamtego lalusia spójrz się na niego tak znienawidzonym wzrokiem żeby się ze strachu posikał!
- Czasami nie wierzę,  że ty jesteś mną... 
- Dlaczego? 
- Bo ja nie mówię tak.
- Że ty niby grzeczna jesteś? Nie wmawiaj tak sobie tego, bo ta twoja ciemna strona musiała się gdzieś podziać. I oto jestem! A teraz idź! "
Lily westchnęła. "Tak właśnie zrobię! " pomyślała i z wysoko podniesioną głową ruszyła na drugi koniec pociągu do swojego przedziału. 
                                                                                              * * *
Lily myślała,  że kiedy wróci, Severus będzie milczał.  On zawsze wszystko mocno przeżywał,  więc nie możliwe było żeby udawał,  że nic się nie stało.  A jednak. Kiedy zobaczył dziewczynę w drzwiach zapytał po prostu: "Gdzie byłaś?"; "U Jamesa Pottera" odpowiedziała wiedząc,  że to go urazi.  Tym razem nie myliła się. Snape odwrócił się w stronę okna i nie odezwał się do końca podróży. 
Pociąg powoli zaczął zwalniać aż w końcu zatrzymał się całkowicie. Wszyscy uczniowie w jednej chwili znaleźli się przy drzwiach.  Mimo tłoku Lily udało się wyjść jako jednej z pierwszych. Kiedy wyszła na peron rozejrzała się dokładnie. Naprzeciwko niej stała wielka tabliczka z napisem "Hogsmeade". Spojrzała się stare budynki wzdłuż peronu. Wyglądały po prostu okropnie.  "Mam nadzieję,  że to nie jest nasza szkoła" pomyślała jeszcze Lily zanim usłyszała głos gajowego:
- Pirszoroczni! Pirszoroczni do mnie! - krzyczał tubalny głos. Rubeus Hagrid był pół olbrzymem-czarodziejem, który w wyniku nieszczęśliwej pomyłki został pozbawiony różdżki już na trzecim roku. Od tamtej pory zajmuje się błoniami i po części Zakazanym Lasem. Na pierwszy rzut oka budził respekt, ale każdy kto znał go chociażby z widzenia wiedział,  że muchy by nie skrzywdził. Grupka pierwszaków rozglądając się podeszła powoli do Hagrida. - Coś się tak rozglądacie? To ni Hogwart! Uwierzcie mi na słowo.  Kiedy zobaczycie Hogwart będziecie wiedzieli, że to on. Hogwartu nie da się przeoczyć. - powiedział olbrzym i dając znak ręką żeby za nim poszli ruszył w głąb lasku. Lily rozgladała się na boki. Ani śladu jakiejkolwiek znajomej twarzy. Kiedy dziewczyna przeklinała w duchu swoje szczęście poczuła mocne uderzenie w ramię a chwile potem już leżała na ziemi.
- Ała! Jak łazisz Ruda?!  
- Tędy się nie biega Blondi! - odparowała Lily. Stała przed nią średniego wzrostu blondynka o długich włosach.  Wyraźnie śpieszyła się gdzieś,  widać to było po urwanym oddechu. 
- Sorry za tą "rudą"... - powiedziała dziewczyna widząc,  że nowa znajoma nie lubi tego określenia. 
- Sorry za blondi. - Lily uśmiechnęła się
- Tak w ogóle jestem Dorcas. Dorcas Meadows. - przedstawiła się blondynka odwzajemniając uśmiech. 
- Lily Evans. Miło mi cię poznać. 
- Mi też. Ale wybacz śpieszę się. Moja koleżanka jest nieobliczalna. Szczególnie jeśli chodzi o zakłady. 
- A o co..? - "O co się założyłyście?" chciała zapytać Lily, ale Dorcas już nie było.
                                                                                         * * *
Za Hagridem szli także czterej młodzi czarodzieje. Jednak mimo swojej znikomej wiedzy o magii udało im się wymyślić coś wystarczająco dużego na ucztę. 
- Daleko jeszcze? - jęczał Syriusz
- Mogę cię nawet wziąć na barana,  Black! Tylko przestań jęczeć! - odpowiedział James
- Naprawdę?!
- Ale Black! Co zrobisz jak ci się fryzura rozwali?! Przecież tyle czasu na nią poświęciłeś w pociągu. - włączył się Remus
- Oj, zamknij się. - odburknął Syriusz i ruszył szybciej przed siebie zostawiając w tyle kolegów. 
- Nie obrażaj się!  - krzyczał Lupin
- Nie obraziłem się! 
- To dlaczego odbiegłeś od nas jak obrażona panienka? - James podbiegł do Syriusza - Wiem! Łapa! 
- Co Łapa? - zapytał zdezorientowany 
- Od teraz będziemy nazywać cię Łapa. Bo zwiewasz kiedy wiesz, że nie wygrasz. Jak pies. - odpowiedział Potter i wszyscy oprócz samego Syriusza wybuchneli śmiechem.
                                                                                        * * *
Kiedy Lily zobaczyła po raz pierwszy Hogwart zrobił on na niej piorunujące wrażenie.  Jednak jeszcze silniejszym uczuciem - strachem wypełnił ją widok łódek. Evans od dziecka nienawidziła łódek, a teraz musiała do niej wsiąść kompletnie sama, bo Dorcas nie pojawiła się już więcej a James z kolegami nie mógł zabrać jej do swojej czteroosobowej łódki. W najmniej oczekiwanym momencie podszedł do niej Severus przepraszając za swoje zachowanie. Lily nie umiała się na niego gniewać. Kiedy już jakimś cudem Snapowi i Evans udało się dotrzeć do brzegu zostali zaprowadzeni do wielkiego hollu. Starsza kobieta która ich tam zaprowadziła kazała im zaczekać aż wróci.  Jednak minuty mijały a ona nie wychodziła. W końcu po ok. kwadransie drzwi otworzyły się,  a wspominana wcześniej kobieta zaprosiła ich gestem do środka. Kiedy Lily weszła do pomieszczenia niemalże zapomniała o oddychaniu. Po minie Seva wiedziała,  że ma te same peoblemy. Przed nią rozciagała się olbrzymia sala, trzy razy większa niż i tak sporych rozmiarów holl. Wzdłuż niej rozstawione były cztery stoły, każdy w innych barwach. Nad ich głowami rozciagała się sufit, który do złudzenia przypominał niebo. "To naprawdę jest niebo. Dokładnie tak jak wygląda na zewnątrz. " wyjaśnił jej później Sev. Całość oświetlała nie elektryczność,  ale woskowe świece, które nadawały wyjątkowy nastrój. Cała grupa "pierszaków" przechodziła przez środek sali. Inni uczniowie siedzący przy stole uważnie im się przyglądali. Świece zaczęły przygasać aż zapalona została tylko jedna. W końcu stanęli, a z rogu sali rozległ się głos, który rozchodząc się echem po sali mówił:
Lat temu tysiąc z górą,
Gdy jeszcze nowa byłam,
Założycieli tej szkoły'
Przyjaźń szczera łączyła.
Jeden im cel przyświecał
I jedno mieli pragnienie,
By swą wiedzę przekazać
Przyszłym pokoleniom.
"Razem będziemy budować!
Wiedzy pochodnię nieść!
Razem będziemy nauczać
I wspólne życie wieść".
Gdzie szukać takiej zgody
I tak głębokiej przyjaźni:
Czworo myślących zgodnie
I nie znających waśni.
Gryffindor i Slytherin
zgadzali się nawet w snach.
I zawsze widziano razem
Ravenclaw i Hufflepuff.
Jak więc taka przyjaźń
Już wkrótce się rozpadła?
Tego młodzież dzisiejsza'
Przenigdy nie odgadła.
Slytherin nagle oświadcza,
Że ani mu się śni,
Nauczać magii takich,
Co nie są czystej krwi.
Ravenclaw na to rzecze,
Że bystrych nauczać chce,
Gryffindor że ceni dzielność
Bardziej niż czysta krew.
Hufflepuff chce uczyć wszystkich,
Jak głośno oświadczyła.
Sporu nie rozstrzygnięto
Ja tego świadkiem byłam.
Bo każdy z założycieli
W domu swym rządzić chce,
Każdy przy swoim wyborze
Do końca upiera się.
Slytherin przyjmuje takich,
Co mają czystą krew,'
Co mają więcej sprytu
Od uczniów domów trzech,
Ravenclaw bystrych ceni,
Gryffindor dzielnych chce,
A Hufflepuff resztę uczy
Wszystkiego co sama wie.
Tak więc spór zakończono
I przyjaźń się umocniła,
Na wiele lat powróciła.
Lecz później znów niezgoda
Wśród czworga się zakrada,
Na błędach wykarmiona,
Czai się w sercach zdrada.
Domy, co jak filary
Dzielnie wspierały szkołę,
Zaczęły sobie nawzajem
Narzucać swoja wolę.'
I już się wydawało,
Że koniec szkoły bliski,
Że odtąd druh druhowi
Stanie się nienawistny,
Że miecz o miecz uderzy
I wnet poleje się krew,
Gdy wtem Slytherin stary
Odchodzi z zamku precz.
I choć ucichły waśnie,
Choć spory wygaszono,
Odtąd we wspólnym dziale
Już się nie jednoczono.
I dotąd zgodna czwórka
Niezgodna trójką się stała,
I odtąd domy Hogwartu
Dzieli różnica niemała.
A teraz mnie posłuchajcie,'
Wybiła wasza godzina,
Teraz Tiara Przydziału
Rozdzielać was zaczyna.
I chociaż nie wiem sama,
Czy błędu nie popełnię,
Ten przykry obowiązek
Dziś wobec was wypełnię.
Tak jak mi rozkazano,
Na domy was podzielę ,
Choć nie wiem , czy przypadkiem
Przyjaciół nie rozdzielę.
Choć nie wiem, czy mój wybór
Do zguby wiedzie wprost.
Musze wyboru dokonać,
Bo taki już mój los.
Czytajcie znaki czasu,
Poczujcie grozy tchnienie,
Bo dzisiaj Hogwart cały
Osnuły złowróżbne cienie.
Wróg z zewnątrz na nas czyha,
Śmiertelny gotując nam cios, .
Musimy się zjednoczyć
By złowrogi odwrócić los.
Wyznałam wam cała prawdę,
Niczego nie ukryłam.
I Ceremonię Przydziału
Za chwilę rozpoczynam. 

W miarę mówienia głos przybliżał się i powoli wyłaniał z cienia. Na początku ostatniego zdania głos wszedł w światło świecy. Złowrogim jasnowidzem okazała się stara, wyniszczona tiara niesiona przez wysoką nauczycielkę. Każdy rozglądał się ze zdziwieniem na boki.
- Kiedy wyczytam czyjeś nazwisko, proszę o wystąpienie. Roxanna Adonary! - zabrzmiał głos kobiety. Niska przestraszona dziewczynka podeszła powoli. Profesor McGonagall włożyła jej tiarę na głowę. 
- Hmmm... Ciekawe... Nieśmiała,  niesamowicie nieśmiała... Ale także odważna! O tak! Odważna i sprytna Ale głęboko pod nieśmiałością. Gdzie by cię tu... - rozmyślała na głos tiara. - Może Hufflepuff? Tam jest miejsce dla nieśmiałych, mogłabyś się rozwijać,  ale... Ta odwaga i spryt. Nie! Hufflepuff zdecydowanie nie. Czyli Slytherin? Dałabyś sobie radę. Jestem pewna! Ale... dobroć... Nigdy nie miałam takiego problemu. I to przy pierwszej! Muszę pomyśleć... - powiedziała tiara i zamilkła. Najwyraźniej musiała wszystko przeanalizować sama, nie na głos. Milczała tak kilka minut aż w końcu nieoczekiwanie ryknęła - RAVENCLAW! - Mimo tego, że wszyscy porządnie przestraszyli się nagłego wybuchu, przy stole Ravenclawu rozległy się głośne brawa. Roxanna odetchnęła z ulgą i pobiegła do niebiesko-srebrnego stołu. 
- Syriusz Black! - chłopak przełknął głośno ślinę.
- Powodzenia stary. - szepnął James i popchnął delikatnie Blacka w kierunku tiary. Syriusz mówił mu w pociągu,  że cała jego rodzina znalazła się w Slytherinie. On natomiast,  jak to demonstracyjnie oświadczył,  w mugolski sposób rzuci się pod pociąg jak też tam trafi. Kolega Pottera, choć zwykle wygadany, w tym momencie nie okazywał najmniejszej charyzmy.
- Kolejny z wielkiego rodu... Black. Ród czarny jak nazwisko. Wrzuciłabym cię do Slytherinu tam gdzie resztę twojej rodziny, ale... Czy możliwe by przez mroczne ściany twego domu przesączyła się wiązka światła? Oj tak... tobie Blacku pisany jest udział w wielkim dziele. Musisz być tam gdzie ON. Mówiłam sobie zawsze, że jeśli Black nie trafi do Slytherinu to będzie oznaka końca świata. No cóż... jedna z wielu ostatnio... GRYFFINDOR! - Syriusz myślał,  że zemdleje ze szczęścia. Zwlókł się z krzesła i oszołomiony poszedł do wiwatującego tłumu Gryfonów. Właśnie spełniło się jego największe marzenie.
Jeśli Lily myślała,  że każdy uczeń zajmie tiarze tyle czasu co poprzednia dwójka myliła się. Znowu. Reszta została przydzielana do domów zaraz po przymierzeniu tiary, a w jednym przypadku wspomniana czapka nie musiała nawet dotknąć głowy nowego studenta. Czas leciał nieubłaganie i w końcu przyszła kolej na Lily.
- Lilyanne Evans. - Sev uścisnął jej dłoń,  wyłapała pokrzepiający uśmiech Jamesa, weszła na krzesło,  poczuła zapach przeżartego przez mole materiału. 
- Więc to ty... - powiedziała tkara chyba bardziej do siebie - Tu nie trzeba się zastanawiać,  ale! Muszę powiedzieć ci jedno. Przeżyjesz wspaniałe momenty, ale pamiętaj,  że życiem kieruje przeznaczenie,  które musi zostać spełnione. Bo ono będzie nadzieją dla nas wszystkich gdy nadejdą trudne czasy. Nie przestrasz się... Griffindor! - skołowana Lily usiadła obok Blacka. "O czym ta tiara gadała?" rozmyślała, jednak Syriusz szybko zajął ją rozmową.  Wkrótce dołączyli do nich poznana wcześniej przez Lily dziewczyna - Dorcas, jej koleżanka - Amy, Remus, Peter i James. Lily śmiała się razem z nowymi znajomymi gdy nagle usłyszała nazwisko: Snape. Dziewczyna skarciła się w duchu. Odkąd dołączył do nich Potter zupełnie zapomniała o swoim przyjacielu.
- Severus, Snape. Głowa jeszcze niby taka niewinna, ale już tyle mrocznych planów. Nie mogę przydzielić cię tam gdzie chcesz. Musisz trafić do SLYTHERINU! - Lily nie wierzyła w to co słyszała. Sev rzucił jej smutne spojrzenie. Po tym jak dostała list z Hogwartu myślała,  że teraz nic nie rozdzieli jej i Severusa. I znowu się myliła. Poczuła czyjąś dłoń na swojej.  Podniosła wzrok. Amy.
- Wszystko ok? - zapytała. 
- Tak... Po prostu...
- Tiara nie zawsze przydziela tam gdzie chcieli byśmy, prawda? - Lily pokiwała smutno głową.  - Widzisz tamtego blondyna? - zapytała Amy wskazując na nowego członka Ravenclawu - To mój brat.  Zabawne prawda. Niby rodzeństwo.  Bliźniaki. A jednak.  W sumie byliśmy przygotowani. Jesteśmy zupełnie inni, ale wspieraliśmy się. Teraz to nie będzie takie proste. - uśmiechneła się smutno.
- Obie zostałyśmy rozdzielone z kimś kto nas wspierał.  Wychodzi na to, że teraz musimy opiekować się sobą na wzajem. - Powiedziała Lily uśmiechając się delikatnie. Amy odwzajemniła promienny uśmiech. To była zgoda. Lily była przeszczęśliwa. Czuła,  że tutaj znajdzie prawdziwych przyjaciół.  
Uczta miała się ku końcowi,  gdy nagle Wielką Salą wstrząsnął huk. Prawie Bezgłowy Nick wtargnął do sali krzycząc wniebogłosy. Zaraz za nim wleciały sowy trzymając w dziobach żaby i upuszczając je bez skrupułów na uczniów. Wszyscy krzyczeli, dziewczyny piszczały, a Remus, Syriusz, Peter i James śmiali się. Kiedy już sowy zużyły swój arsenał i odleciały na ścianie pojawił się wielki napis: Dziękujemy,  za korzystanie z naszych usług.  Niezapomnianą ucztę zapewniła wam spółka Huncwoci." Cały napis przyozdobiony był czerwienią i złotem aby nie było wątpliwości do jakiego domu należą owi Huncwoci. Wybuchło wielkie zamieszanie, które Dumbledore - dyrekror na szczęście opanował.  Kiedy wszyscy uspokoili się prefekcie zaprowadzili nowych uczniów do dormitorium. Po informacji, że "pokoje na lewo są dla chłopców a na prawo dla dziewcząt" wszyscy rzucili się aby zająć jak najlepsze. Lily nie mogła narzekać. Razem z Dorcas i Amy znalazły wspaniały,  duży pokój z widokiem na jezioro i las. Znalazły też współlokatorkę - Donnę. Dziewczyny przegadały pół nocy tak jakby znały się od zawsze. W końcu wszystkie położyły się. Lily jednak długo jeszcze uśmiechała się do gwiazd.
-----------------------------------------------------
Uwaga, uwaga! Właśnie spełniam swój autorski obowiązek i dodaję kolejny rozdział, a czytelników ani widu ani słychu. No cóż... Chciałabym tylko wspomnieć, że wykorzystałam pieśń tiary napisaną przez J.K. Rowling na potrzeby 5 części histori Harry'ego Potter'a - Harry Potter i Zakon Feniksa.

czwartek, 10 kwietnia 2014

2. Pociąg do nikąd.

Wszyscy widzieli powagę,
ja widziałem uśmiech,
Wszyscy patrzyli na usta,
ja spojrzałem w oczy,

Zobaczyłem w nich tańczące ogniki - to one powiedziały mi, że jest szczęśliwa.

Wszyscy patrzyli na usta,
a ja spojrzałem w oczy.

I wiedziałem.

Wiedziałem, że się uśmiecha,
bo oczy są zwierciadłem duszy.

Była szósta rano. Budzik dzwonił niemiłosiernie domagając się uwagi. Lily powoli przebudzała się ze snu. Śniło jej się normalne życie.  A może to nie był sen? Może zasnęła w tym zwykłym życiu,  a TO jej się śni? Może te sowy, zaklęcia,  magia, Pokątna jest tylko wymysłem jej wyobraźni? Ale przecież wspomnienia są tak wyraźne! Pamiętała dokładnie ciemne korytarze Gringotta, magiczny smak lodów w jednej z dziesiątek kawiarni na Pokątnej, sklep Ollivandera... Tak, ten sklep zapamiętała najlepiej. Wydawało się,  że małe na zewnątrz pomieszczenie magicznie staje się większe w środku. Wewnątrz było wypełnione pudełeczkami do złudzenia przypominającymi pudełka na buty w mugolskich sklepach. Tylko, że w środku zamiast butów były różdżki.  Wydawały się takie małe i bezbronne, ale nawet mugole czuli ich potęgę. Mówią,  że to różdżka wybiera właściciela.  W śnie Lily tak jakby obie strony wiedziały,  że to ta. "Ale czy to mógłby być sen? Nawet ja nie byłabym w stanie wymyślić czegoś tak pokręconego." Lily przekreciła się na drugi bok i spojrzała na różdżkę leżącą na jej szafce nocnej.
- 10 i 3/4 cala, wierzba. - powiedział jej wtedy Ollivander - Doskonała do rzucania uroków. - dodał puszczając jej oczko. To nie był sen. Chociaż dziewczyna często chciała żeby cała historia okazała się głupim żartem. Zakochała się w magii, ale czy cena za ten świat nie była zbyt wysoka? Dokładnie dwa tygodnie po pamiętnych 11 urodzinach Petunia powiedziała jej co o tym wszystkim myśli. "Wariactwo, pranie mózgu,  niespełna rozumu, dziwoląg". To ostatnie bolało najbardziej. Bo co innego usłyszeć,  że świat którego nawet dobrze nie znasz jest wariactwem, a czarodzieje niespełna rozumu, a co innego dowiedzieć się,  że własna siostra uważa cię za dziwoląga. To bolało. Bardzo. Lily przepłakała wtedy całą noc. Rodzice byli bezradni, mogli tylko patrzeć jak nierozłączne niegdyś siostry teraz nie mogą nawet na siebie spojrzeć.
- Dość rozmyślań! Dzisiaj wielki dzień! - powiedziała Lily radośnie. Nauczyła się nie przejmować siostrą. Udawać,  że nic takiego się nie stało.  Ale dzisiaj nie musiała udawać.  Czuła,  że to najszczęśliwszy dzień w jej życiu. 1 września. Dzisiaj wyjedzie prosto ze stacji 9 i 3/4 do nowego, lepszego świata. Nie miała co do tego wątpliwości. "Pociąg do nikąd" jak nazywała Petunia Ekspres do Hogwartu miał wyruszyć o 10.00. Miała jeszcze cztery godziny co wcale nie wydawało się sporym zapasem czasu. Szybko ubrała się w przygotowane wcześniej ubrania i zbiegła do krzątających się już po kuchni rodziców.
                                                                                         
                                                                     * * *
- Wziełaś wszystko? - pytała zatroskana mama
- Tak. - cierpliwie odpowiadała Lily chociaż słyszała to samo pytanie 55 raz. I to tylko dzisiaj. Mimo wszystko to ją trochę odstresowywało.
- Masz ubrania? Ciepłe rzeczy na lato? Szaty do szkoły? Coś do jedzenia na podróż? - pytała dalej pani Evans nie zwracając uwagi na przerwy między pytaniami aby córka mogła odpowiedzieć.
- Co kogo obchodzą ubrania albo jedzenie? Wzięłaś różdżkę? - zapytał Bill.
- Tak, mam wszystko. - Lily spojrzała z uśmiechem na wielki kufer, który tata próbował załadować do samochodu.
- Szkoda, że nie kupiłaś tamtej sowy. - westchnął Forst. Lily wyruszyła tylko ramionami. Kiedy robili zakupy na Pokątnej Bill za wszelką cenę starał się namówić ją na sowę. Cały czas powtarzał,  że te w Hogwarcie są strasznie stare i wolne, do tego przesyłka rzadko trafia do adresata. "Ale przecież dostałam list z Hogwartu." odpowiadała mu wtedy. Lily jakoś nie mogła się przkonać do sów. Może to przez tamtą wredną puchówkę...
- Wszystko gotowe! Możemy ruszać. - oznajmił tata Lily. W tym samym momencie z domu wyszła Petunia. Przez chwilę Lily myślała,  że jej siostra chce się z nią pogodzić aby nie rozstawały się obrażone na siebie. Ale tylko przez chwilę. - No tak... Zapomnieliśmy ci powiedzieć Lily... - zaczął pan Evans - Petunia prosiła nas abyśmy podwiezli ją gdzieś do Londynu i nie bedziemy mogli iść z tobą... tam. Nie gniewasz się? - Lily myślała,  że eksploduje. "Właśnie wyruszam do kompletnie nowego świata,  a rodziców tam nie będzie,  bo moja kochana siostra musi gdzieś jechać?!" Po chwili zrozumiała,  że przecież rodzice nie przydali by się jej bardzo a jedynie denerwowali się.  - Dasz sobie sama radę?
- Jasne. Przecież umówiłam się z Sevem ma peronie 9. On się na tym zna. A zresztą będzie Bill...
- To znaczy ja nie do końca... Ja muszę... Mam ważne spotkanie! Muszę na nim być! Przepraszam Lily, ja... - Lily westchneła
- Nic się nie stało.  Przecież będzie jeszcze Sev. - Rudowłosa kłamała, ale co miała zrobić.  Nagle okazało się,  że kiedy potrzebuje swoich bliskich najbardziej nikogo nie będzie. "Znając moje szczęście Severusa też nie będzie." I przeklinając w głowie, trochę za bardzo jak na 11-latkę przystało, wszystkie głupie spotkania i Petunię wsiadła do samochódu.
                                                         
                                                                           * * *
"Gdzie on się podziewa?!" pytała się po raz setny Lily stojąc 15-tą minutę na peronie 9. Na szczęście miała jeszcze dużo czasu. Przynajmniej londyńskie korki chciały jej pomóc i praktycznie nie natknęli się na nie w podróży na King's Cross.
Dziewczyna nie wiedziała co robić. Wzięła jeszcze raz do ręki swój bilet. "Gdzie może być ten peron?" rozejrzała się.  Nigdzie nie widziała o nim żadnej informacji. Znudzona czekaniem wstała i ciągnąc za sobą swój wózek podeszła do kolumny. Po jej lewej stronie wysoko w górze widniała tabliczka z dziewiątka wypisana złotą farbą na czarnym tle. Po drugiej stronie w ten sam sposób przedstawiono dziesiątkę. "Teoretycznie ten peron powienien być gdzieś pomiędzy..." Ale go nie było. Rozejrzała się jeszcze raz mając nadzieję zobaczyć Severusa. Jego też nigdzie nie było,  ale zauważyła wysokiego jak na swój wiek okularnika ciągnącego podobny wózek co ona. Postanowiła spróbować szczęścia i podeszła do niego.
- Przepraszam..? - zapytała cicho. Chłopak odwrócił się i oczy Lily napotkały urzekające spojrzenie czekoladowych tęczówek. Przez chwilę oboje nie wiedzieli co powiedzieć. Żadne z nich nie mogło się uwolnić od spojrzenia drugiego. W końcu jednak udało się. - Ja... chciałam... - zaczęła jąkać się Lily. "Co się z tobą dzieje?! Nigdy nie miałaś problemu z mówieniem! " Okularnik uśmiechnął się życzliwie. To dodał jej pewności siebie. - Szukam peronu 9 i 3/4... - czekała na jego reakcję. Pytała się już o to wielu osób, ale wszyscy myśleli, że Lily żartuje sobie z nich i odchodzili.
- A więc czarownica... - powiedział z uśmiechem. Nie odpowiedziała. - Jesteś czarownicą, tak? - Lily pokiwała głową. - To dobrze się składa,  bo ja też próbuje dostać się na ten peron. Dorośli uważają, że strasznie zabawne jest obserwowanie dzieci szukających wejścia... Zawsze wiedziałem,  że dorośli są nienormalni. Tata opowiadał mi kiedyś jak rzuciwszy na siebie wcześniej zaklęcie Kameleona obserwował razem z kolegą jak jego syn rozbija się o pociąg towarowy. Chłopak uwierzył,  że wejście do pociągu do Hogwartu można znaleźć tylko w innym pociągu... Tak w ogóle to jestem James.
- Li-Lily...
- Jesteś strasznie małomówna. - powiedział ze śmiechem James.
- Ja... - zaczęła znowu jąkać się Lily. "Boże! Co się z tobą dzieje Evans?"
- I zabawna.
- Co jest we mnie takiego zabawnego?! - słowa magicznym sposobem powróciły do Lily.
- Cały czas się jąkasz... i czerwienisz. To urocze. - Evans miała ochotę zmazać mu ten uśmieszek z twarzy.
- Chyba miałeś szukać wejścia na peron!
- I złośliwa. Zawsze wiedziałem,  że te najbardziej wstydliwe są najzłośliwsze.
- Nie jestem wstydliwa.
- Dziwne... Myślałem,  że zaprzeczysz tą złośliwą... Hej! Czekaj! Gdzie idziesz?! Musimy znaleźć peron! - zaczął krzyczeć gdy zobaczył,  że Lily odchodzi.
- Chyba wolę go szukać na własną rękę!  - odpowiedziała tylko.
- Nie obrażaj się,  Lily! Chodź! Znam teorię wchodzenia na peron!
- Teorię?  - zapytała podejrzliwie Lily.
- No tak. - powiedział rozczochrując i tak nie ułożone włosy. - Wystarczy tylko przejść przez tą ścianę. - wyjaśnił chłopak wskazując na solidny mur między 9 a 10 peronem.
- Przejść przez ścianę mówisz?
- Wiem, to brzmi trochę nieprawdopodobnie,  ale są to informacje z zaufanego źródła.
- To znaczy kto ci to powiedział?
- Nie chcesz wiedzieć... - Lily popatrzyła się na chłopaka uważnie.  Co mogło być takiego, że nawet ona nie chciałaby o tym wiedzieć? Chyba wolała zostać w stanie błogiej nieświadomości.
- Czyli według ciebie powinniśmy spróbować szczęścia i licząc, że nie zabijemy się wbiec na mur?
- Tak.
- Nie mam w życiu szczęścia... - powiedziała sceptycznie Lily
- Spotkałaś mnie. - wyszczerzył sie James na co jego nowa znajoma uniosła tylko wysoko brwi.
- Czyli na 100% przejdziemy przez tą ścianę a nie zabijemy się?
- Nic nie jest na 100% pewne, ale nie sądzę aby rodzice aż tak chcieli mojej śmierci. Jak chcesz możemy to zrobić razem. - powiedział i wyciągnął do niej rękę. Dziewczyna nie mogła się oprzeć i chwyciła ją. Bardzo chciała to sobie tłumaczyć strachem przed rozbiciem się o ścianę.
- W końcu jak umierać to razem. - powiedziała. Dopiero po chwili dotarło do niej co powiedziała i jak to zabrzmiało. Zarumieniła się.
- Mówiłem ci, że masz piękne imię?
- Przynajmniej umrę ze świadomością,  że komuś się podobało. - odpowiedziała. "Co ja robię? Poznałam tego chłopaka przed chwilą, a już wierzę w każde jego słowo." Lily jednak przerwała szybko rozmyślania i wymieniwszy spojrzenia młodzi czarodzieje pobiegli wprost na ścianę pomiędzy peronem 9 i 10.
                                                                                       
                                                                     * * *
- James... Czujesz coś? - zapytała Lily bojąc się otworzyć oczy.
- Nie, chyba nie. Czyli mój plan się sprawdził.
- Albo po prostu umarliśmy.
- Masz bardzo optymistyczne podejście do życia. Może powinniśmy otworzyć oczy?
- Boję się...
- Nie martw się! Nawet jeśli umarłaś to na pewno trafiłaś do nieba. A wiesz co jest w tym najlepsze?
- Co?
- Jestem w niebie razem z tobą!
- Bardziej cieszysz się z tego "razem ze mną" czy "w niebie"? - niewiele myśląc zapytała Lily.
- Jakie myśli chodzą po tej twojej małej główce? - Lily poczuła, że się rumieni. "Boże! Co ja mówię?! Co to w ogóle miało być?". Dziewczyna odchrząknęła.
- To otwieramy te oczy? To trochę głupio mieć je cały czas zamknięte nawet jeśli nie żyjesz.
- Zmieniasz temat Lily. A sama zaczęłaś. Ale niech ci będzie. Na trzy?
- Cztery?
- No dobra... Na cztery. Raz-dwa-trzy... i... cztery! - oboje otworzyli oczy w tym samym czasie i ukazał im się niezwykły widok. Stali na ogromnym peronie, który wyglądał jakby ciągnął się kilometrami. Mimo swojej wielkości na peronie tłoczyli się czarodzieje, a przecież wielu jeszcze dochodziło po prostu pojawiając się w miejscach podobnych do tego w którym wylądowali Lily i James. Jakby tego było mało dosłownie wszędzie porozstawiane były stragany z tym czego studenci mogli zapomnieć. Tak więc przemierzając peron nasi bohaterowie natknęli się na stragan z jedzeniem,  ubraniami,  książkami do nauki, a nawet z różdżkami. James i Lily szybko odnaleźli się w zwariowanym świecie. Dziewczyna właśnie śmiała się z jednego z żartów Jamesa popijając czekoladę gdy na peron wjechała wielka lokomotywa z podczepionymi wagonami. Robiła niesamowite wrażenie. Wielu uczniów zaczęło przedzierać się przez tlum w kierunku pociągu najpewniej aby zająć najlepsze miejsca, ale drzwi maszyny nie zostały otworzone. Miało się to odbyć,  zgodnie z tym co napisali w liście,  dopiero o 9.50.
- Lily! - dziewczyna odwróciła się gwałtownie na dźwięk swojego imienia i zobaczyła brnącego do niej przez tłum Severusa. - Lily! Gdzie byłaś?! Szukałem cię! Mieliśmy sie spotkać na peronie 9.
- To raczej ja mogę się zapytać gdzie byłeś! Czekałam, a ciebie nie było! Na szczęście spotkałam Jamesa. - Severus spojrzał się nieufnie na okularnika.  Szóstym zmysłem wyczuwał w nim konkurenta w walce o Lily.  - A właśnie.  James to jest Severus Snape. Sev to jest James...
- Potter. - podpowiedział James
- Właśnie! James Potter.
- Miło mi. - powiedział Sev tak nieszczerym głosem na jaki tylko było go stać.
-  Tak. Mi też. To ja... może już pójdę. Miło było spędzić z tobą czas Lily. Mam nadzieję,  że jeszcze się spotkamy.
- Już idziesz? Czemu?
- Wiesz może spotkam znajomych... Ty już spotkałaś. - powiedział z przekąsem - Mam jeszcze jedno pytanie.
- Tak?
- Umówisz się ze mną Evans? - Lily roześmiała się tylko. Odwróciła Jamesa tyłem do siebie i lekko popchnęła.
- Ty już lepiej idź.  - powiedziała śmiejąc się. Jednak rozmarzona patrzyła jeszcze długo za oddalającym się Jamesem. Nie zauważyła zazdrości w oczach Severusa, że to nie na niego tak patrzy.
                                                         
                                                                   * * *
Wysoki brunet przedzierał się przez tłum z rozmarzoną miną.  Nie zauważał niczego na swojej drodze. Nie zauważył też innego bruneta z lekko falowanymi włosami.
- Ej! Uważaj jak chodzisz! - zawołał
- Co? - zapytał nieprzytomnie James
- Co ty taki rozmarzony? Wyglądasz jakbyś Afrodytę zobaczył. - powiedział chłopak śmiejąc się.
- Lepiej... widziałem anioła.
- Niech zgadnę. Wysoka, blond włosy,  ciemniejsza karnacja, niebieskie oczy?
- Raczej mała,  rude włosy,  blada twarz, zielone oczy.
- No to się bracie wkopałeś. - James spojrzał na nowego znajomego uważniej. Czarne, lekko kręcone włosy.  Dość wysoki, widać,  że z bogatej rodziny. Na pewno czystej krwi. Nie lubił takich typów, ale ten wydawał się inny. - Jestem Syriusz. Black.
- Black? - James wiele słyszał o tym rodzie. To jedna z najstarszych rodzin czystej krwi. To nazwisko otwierało prawie wszystkie drzwi. Dla okularnika było wręcz niewiarygodne, że stoi przed przedstawicielem tego rodu.
- Tak. Widzę,  że słyszałeś co nieco o nas. Może nawet i o mnie. Nieważne.  A ty? Jak się nazywasz? Muszę określić czy wolno mi z tobą rozmawiać.  - mimo, że w głosie Syriusza nie słychać było ironii James wyczuł ją.
- W każdej książce piszą o tobie sławienny sir Blacku. Kim ja jestem? Ja jestem zwykłym sługą. James brzmi moje imię.  James z rodu Potterów. - James złożył ukłon aż do ziemi
- Chyba więc dostąpisz zaszczytu znania mnie. Każdy dom czarodziejów słyszał o twych przodkach. - Syriusz oddał ukłon. Po chwili obaj chłopcy wybuchli niepochamowanym śmiechem. Czuli, że to początek prawdziwej przyjaźni. - Lepiej opowiedz mi o tym aniele...
                                                                                   
                                                                     * * *
- Kim on jest? - zapytał nizbyt przyjemnie Severus
- On to znaczy kto?
- Oboje doskonale wiemy o kogo chodzi. Nie graj na czas.
- Sev, o co ci chodzi?!
- No o tego całego Pottera!
- Więc co z nim nie tak?
- Kim on jest?
- Czarodziejem. Tak samo jak ty i ja. - powiedziała Lily i ruszyła przed siebie. Po chwili Sev ją dogonił. - Co ci się stało Sev? Jesteś zazdrosny?
- Po prostu martwię się.  - bąknął Snape. Lily spojrzała na niego uważnie. Za każdym razem kiedy tak się patrzyła Severusowi wydawało się, że przewierca jego duszę na wylot. Po chwili jednak dziewczyna wyruszyła ramionami i poszła dalej. Kiedy mijali stragan "Miodowe królestwo" otoczyła ich grupka czarodziejów w ich wieku.
- O, Snape. Szukaliśmy cię. Gdzie się podziewałeś? - zapytał jeden z nich.
- Musiałem załatwić kilka... spraw. - odpowiedział nerwowo Severus
- No tak. Zapomniałem, że twoi rodzice wolą przesiadywać w domu mojego ojca niż towarzyszyć swojemu synowi w pierwszej podróży do Hogwartu. - powiedział chłodno.
- A gdzie podział się twój ojciec? Czyżby zabawiał moich rodziców, Malfoy? - Lucjusz spojrzał się na Snapa lodowatym wzrokiem
- Kto to? - zapytał tak jakby nie slyszał uwagi Severusa wskazując na dziewczynę
- Chyba powinieneś zapytać o to mnie? - wtrąciła zirytowana zachowaniem chłopaka Lily - Nie mówiąc już o tym, że uprzejmie byłoby przedsta...
- Nie rozmawiam ze szlamami. A już na pewno nie jestem wobec nich uprzejmy. - przerwał jej Malfoy. Lily nie wiedziała co znaczy to słowo.  Jak więc wytłumaczyć,  że poczuła jakby ktoś uderzył ją w policzek? Zauważyła jak Severus wciąga głęboko powietrze. Malfoy jakby czekając na jego następny ruch milczał przez chwilę. Widząc jednak, że brunet nie zamierza interweniować uśmiechnął się szyderczo.
- Szybko się uczysz, Snape. Może dasz radę przetrwać w tym świecie. - skinął na swoich kolegów i odszedł dumnie unosząc głowę. Sev wyglądał jakby miał za chwilę wybuchnąć i kiedy tylko Malfoy odszedł uderzył z całej siły w ścianę. Lily chciała zapytać sie go o tą "szlamę". Nie miała odwagi. Lokomotywa zagwizdała przeciągle. Wszyscy rzucili się w stronę wejść do pociągu.  Lily i Snapa także ruszyli. Szli w milczeniu, a rudowłosa nie czuła już podekscytowania. Kiedy myślała,  że już poznała ten świat on po raz kolejny odkrył nowe karty, tym razem te ciemniejsze. Wzdrygnęła się na wspomnienie trupio bladego blondyna z równie trupim jak twarz głosem. Właśnie uświadomiła sobie, że świat czarodziejów, tak samo jak świat mugoli, pełen jest zarówno tych dobrych jak i złych. Dziewczyna spojrzała w górę na ścianę wagonu. Przechodziła przez bramę do tego lepszego świata,  znów czując się jak mała Lily idąca pierwszy raz do szkoły. Tylko, że teraz nie było z nią rodziców. Nie była też już taka pewna czy na pewno będzie to lepszy świat.
------------------------------------------
Witam z powrotem. Nie jestem pewna czy rozwój wypadków nie rozwinął się zbyt szybko. Mam na myśli przejście Jamesa i Lily na peron 9 i 3/4 i pierwsze spotkanie Potter-Black. Uznałam jednak, że to opowiadanie, a nie dokładny plan wydarzeń więc skróciłam to wszystko. Życzę wszytkim przyjemnego weekendu i jak zawsze proszę o komentarze. :)

czwartek, 3 kwietnia 2014

1. Miłość, szmaragd i krokodyl, czyli radość, list i Petunia.

Piękne historie zaczynają się w piękne dni,
ale te najpiękniejsze rodzą się w deszczu.
Do zauroczenia wystarczy uśmiech,
do zakochania potrzebne są łzy.

"Zimno, zimno, zimno. Można powiedzieć nic szczególnego jeśli trafi się zimę." Niski chłopczyk dzielnie przymierzał zasypane ulice. W oknie domu na przeciwko na chwilę pojawiło się ogniste-coś co każdy mógł uznać za prawdziwe płomienie. Każdy, kto nie znał mieszkanki tego domu. A znali ją prawie wszyscy więc przypadkowe odwiedziny straży pożarnej zdarzyły się tylko raz. Chwilę później z frontowych drzwi wyskoczyła około 11 letnia dziewczynka.
- Pośpiesz się, Sev! Nie zamierzam stać tutaj i marznąć czekając na ciebie!
Chłopczyk uśmiechnął się lekko.
- Dlaczego nie mogę po prostu użyć magii? - westchnął cicho pytając się samego siebie - Staram się! - odpowiedział głośno i uśmiechnął się od ucha do ucha. Wyglądało to wprost komicznie i Lily wybuchła śmiechem.

                                                      * * *

- To wszystko twoja wina! - powitał Lily Severus
- Co się stało? - zapytała przejęta. Chłopak spojrzał tylko na swoje kompletnie przemoczone i utaplane w śniegowej brei ubranie.
- Nigdy więcej tego nie rób. - powiedział starannie ukrywając uśmiech.
- Może gdybyś przestał mi to co roku powtarzać nie robiłabym tego.
- Może gdybyś co roku tego nie robiła nie powtarzałbym. - spytał tym samym retorycznym tonem co Lily i uniósł brwi próbując podkreślić swoje słowa. Severus Snape był z natury bardzo nieśmiałym chłopcem. Nigdy nie miał kolegów a co dopiero przyjaciół. Wszystkich odstraszała lekko "mroczna" natura bruneta. Już jako 7-letni chłopiec odnajdywał się w nowej, szkolnej rzeczywistości dzięki podejrzanym książkom. Sytuacja zmieniła się odrobinę gdy poznał Lily. Dzięki niej życie znaczyło dla niego trochę więcej niż kolejna strona księgi wprost z rodzinnej bibloteki. Zyskał przyjaciółkę i "drugi dom" który zawsze stał dla niego otworem. - Wiesz jak bardzo tego nienawidzę. - kontynuował już pogodniej pozwalając na mały uśmiech.
- Wiem! - odpowiedziała radośnie Lily, jednak widząc minę kolegi dodała - No dobra... Przysięgam. - powiedziała szybko.
- Z ręką na sercu i pełnym zdaniem. - upomniał Sev.
- Nie ufasz mi? - zapytała rozczarowana
- Ani trochę. - odpowiedział nie zwracając uwagi że zamiast powagi, którą postanowił utrzymywać na swojej twarzy widniał uśmiech. Dziewczyna westchneła ciężko, ale położyła bladą dłoń na sercu. Szybko jednak zdjęła ją i położyła drugą, prawą.
- Uroczyście przysięgam, że nigdy więcej, w całym moim życiu nie poproszę św. Mikołaja o śnieg na moje urodziny. Ani na Gwiazdkę. Ani na jakąkolwiek część zimy.
- Teraz lepiej. - odpowiedział Snape i ruszył po schodach do małego krolestwa Lily.
* * *
30 stycznia. Urodziny Lily i jednocześnie dzień w którym każdy zastanawiał się nad przyszłością. Co przyniesie, i jak dadzą sobie radę sami. Oddzielnie. Dosłownie kilka dni wcześniej urodziny obchodził Severus. To znaczy Lily obchodziła. Chłopak nigdy nie lubił gdy uwaga była skupiana tylko na nim. A urodziny są jedną z takich chwil. Tamtego dnia rudowłosa postanowiła zrobić mu niespodziankę. Zakradła się w miejsce gdzie często przesiadywał. Tym razem też tak było. Miała już wyskoczyć z krzaków i napawać się jego przerażoną miną, ale zauważyła, że coś nie gra. Severus uśmiechał się. Severus NIGDY nie uśmiechał się chyba że ona była obok. A wtedy nie była. To znaczy była, ale on o tym nie mógł wiedzieć. Dopiero po chwili zauważyła list na jego kolnach.
- Co to? - zapytała nie mogąc powstrzymać ciekawości. Sev gwałtownie odwrócił się i , o ile to w ogóle możliwe, uśmiechnął się jeszcze szerzej. Jednak dosłownie sekundę poźniej spoważniał i zbladł jakby dopiero przed chwilą uświadomił sobie coś szalenie ważnego. - Co się stało? - Lily powtórzyła pytanie.
- To ze szkoły... - wydukał w końcu .
- Teraz? Nie jest na to trochę za wcześnie? Wybieramy szkołę dopiero na początku lata.
- Nie. W mojej szkole jest... właściwy czas.
- W twojej szkole? - zapytała zdziwiona, ale i lekko przestraszona. Nigdy nie myślała nad tym do jakiej szkoły pójdzie po wakacjach Severeus. Według niej naturalne było to że do tej samej co ona. Wydawało się jej to takie oczywiste. Tak oczywiste, że nawet nie spytała.
- Tak. Przyjeli mnie. - powiedział z kwaśny uśmiechem.
- Acha... Ale to przecież... tylko szkoła. - Lily próbowała uśmiechnąć się beztrosko. Nie wyszło. - Przecież po szkole bedziemy mogli się widywać. - powiedziała łamiącym się głosem.
- Ta szkoła to... tak jakby z... internatem. - powiedział Snape nie mając odwagi spojrzeć dziewczynie w oczy. "Internat" to słowo odbiło się echem w głowie Lily rozbijając wszystko co napotkało na swej drodze. Plany, marzenia, nadzieje...

Lily otrząsneła się jakby chciała pozbyć się tego okropnego wspomnienia. Jakby to czy o tym zapomni czy nie miało wpływ na prawdę. Spojrzała na Snapa. Myślał o tym samym. Nie widziała tego w jego oczach. Nie wierzyła w takie bajki. Severus był osobą którą znała najlepiej więc jeśli z jego oczu nie mogła wyczytać żadnych emocji to nie było to w ogóle możliwe. Ona po prostu wiedziała. Łączyła ich więź. Taka jaka łączy bliźniaków. Podświadomie wyczuwali w jakim nastroju jest druga strona, a czasami nawet o czym myśli. Poczuła chłodną dłoń na swojej, rozgrzanej.
- Nie myśl o tym. - powiedział cicho. - W końcu to twoje urodziny.
- Już niedługo. - odpowiedziała spoglądając na zegar. Nagle rozległ się trzask i do pokoju wparowała Petunia. Nieznacznie skrzywiła się na widok Snapa, ale szybko to zataiła. Kochała swoją siostrę chociaż czasem nie zgadzała się z jej decyzjami.
- No, no! Moja kochana siostrzyczka już za chwilę skończy 11 lat!
- A co? Zazdrościsz? - zapytała rzucając w siostrę poduszką.
- Niby czego? - spytała odrzucając lekko poduszkę.
- Młodości! - powiedziała Lily i znowu rzuciła w siostrę poduszką, tym razem ta odrzuciła trzy razy mocniej.
- Taka mała a taka wygadana! Po kim ty to masz? - westchneła teatralnie.
- Może po mnie?! - krzyknął tata Lily wkraczając do pokoju z wielkim tortem.
- Wszystkiego najlepszego, córeczko! - powiedziała mama wyglądajac zza wielkiego ramienia pana Evans. Lily spojrzała na swoją rodzinę. Wyglądali tak zabawnie, że w końcu wybuchła śmiechem. Niezrażony tata zaczął śpiewać "Sto lat" chwilę później wszyscy łączenie z Lily śpiewali piosenkę we wszystkich możliwych melodiach. W środku "Sto lat to za mało..." w pokoju rozległ huk, a z mini-kominka jaki koniecznie musiała mieć u siebie w pokoju Lily, wypadała sowa. W małym dzióbku trzymała nieco wygniecioną kopertę...

                                                                         * * *

W jednej chwili wszyscy umilkli. Nastała nienaturalna cisza, którą mąciła tylko cicha piosenka z radia. Pierwsza z szoku ockneła się Lily. Przyjrzała się sowie. Była to niewielka, biała puchówka uroczo nakrapiana czernią na skrzydłach. Słowem zwykła sowa. "Tylko, że zwykłe sowy nie wpadają do domów przez kominki, a tym bardziej nie dostarczają listów. " Lily zwróciła swoją uwagę na kopertę. Był to pergamin zapisany staromodnie atramentem. Zaintrygowana podeszła bliżej próbując podnieść kopertę.
- Au! - krzyknęła czując ugryzienie. Krzyk Lily rozbudził wszystkich pozbawiając ich resztek szoku i zdziwienia. Natomiast sowa czuła się najwyraźniej dumna z udziobania człowieka. Podfruneła na parapet i wygładziła godnie piórka. Severus podszedł do puchówki i w zamyśleniu zaczął głaskać ją przy dziobie. Po chwili otworzył okno, dał jej "na pożegnanie" jakiś smakołyk znaleziony w wewnętrznej kieszeni i pozwolił jej wyfrunąć w noc.
Lily spojrzała ponownie na leżąca na ziemi kopertę. Nie miała pojęcia co się tak właściwie dzieje. "Może to po prostu sen? Głupi pokręcony sen. Zaraz obudzę się i wszystko będzie normalne." myślała mała Evans. Mimo wszystko schyliła się i podniosła kopertę. Poczuła zapach nowego pergaminu i poczuła jego szorstką powierzchnię - już wiedziała, że to dzieje się naprawdę. Przeczytała adres adresata. O mało nie wypuściła koperty z rąk.
- Co... - zaczęła mama Lily zachrypniętym głosem. Odchrząknęła. - Co tam jest napisane? Do kogo to?
- To... do mnie. Dokładny adres. - odpowiedziała na głos. - Spinner's End 12a, I piętro, Pierwszy pokój na lewo.
- Otwórz. - poradziła Petunia. W tym samym momencie Severus wstał i ruszył w kierunku drzwi.
- Gdzie idziesz? - zapytała Lily
- Muszę... się przewietrzyć. - odpowiedział. Kłamał. Lily to wiedziała. Chciała wyjść za nim i zapytać o co chodzi, ale powstrzymały ją słowa siostry.
- No otwieraj! - Lily odwróciła list i przełamała pieczęć z literką "H". Przestała myśleć o Severusie i jego dziwnym zachowaniu. Liczył się tylko i wyłącznie list.

                                                                         * * *

Lily przeczytała list po raz drugi, trzeci, czwarty i wciąż miała wrażenie, że ktoś stroi sobie z niej żarty. Wokół niej zgromadziła się cała rodzina Evansów i także nie wierzyła własnym oczom. "Ja? Czaro...dziejką?" Oprócz listy książek i innych rzeczy potrzebnych do tej szkoły, w liście była informacja o pojawieniu się osoby magicznej, która wytłumaczy wszystko. "Przydałaby się taka teraz, bo już naprawdę nie wiem co o tym myśleć." Kiedy Petunia po raz kolejny pochyliła się nad listem aby rozwiązać jego zagadkę zadzwonił dzwonek do drzwi. Nikt nie był chętny do sprawdzenia kto o tej porze może ich odwiedzać. W końcu Lily wstała, zeszła po schodch i otworzyła drzwi. Jej oczom ukazał się zaniepokojony mężczyzna w średnim wieku. Był raczej chudy, a kolorowe ubranie dodawało mu uroku nie mniej niż uśmiech nie schodzący z jego twarzy.
- Powiedz proszę, że nazywasz się Lily Evans! - zawołał od progu
- Tak to ja.
- Naprawdę? - zapytał się jakby nie wierzył własnym uszom - Bo wiesz, ja nie mówiłem tak na...
- Tak się składa, że to na prawdę ja. - przerwała tłumaczenia Lily. Chciała po prostu dowiedzieć się kto to jest. Miała wystarczająco dużą sprawę na głowie.
- Całe szczęście, że w końcu trafiłem! Błądziłem chyba po 15 domach zanim znalazłem sie tutaj. Tak w ogóle to jestem Bill Forst. - powiedział Bill wyciągając rękę w stronę Lily.
- Miło mi. - odpowiedziała machinalnie - Ja jestem Li...
- Tak, wiem! - przerwał jej - Ty jesteś Lily Evans - powiedział wnosząc do góry karteczkę ze starannie napisanym jej imieniem i nazwiskiem. - I mam ci pomóc w ogarnięciu świata czarodziejów. - powiedział i uśmiechnął się jeszcze bardziej.

                                                                       * * *

Następne trzy dni minęły monotonnie. O ile można w ogóle użyć takiego słowa mając za swojego nauczyciela kogoś takiego jak Bill. Bill Forst był człowiekiem szalonym, beztroskim i niezwykle roztargnionym. Przez to Lily nie dowiedziała się na temat swoich mocy więcej niż tylko, że takie posiada.
Severus nie pojawił się od dnia jej 11 urodzin, a i sama Lily nie miała kiedy skontaktować się z nim. Wizyta w domu czarodzieja wywołała nie lada zamieszanie wśród rodziny Evansów. W przeszłości w podobnych sytuacjach Lily odnajdywała spokój u siostry. Ta jednak od tamtego wieczora rzadko się do niej odzywała i całe dnie spędzała zamknięta w swoim pokoju. Lily cały dzień słuchała paplaniny Billiego o magii (która i tak nie wnosiła żadnej wiedzy o magii), a wieczorami myślała o Petunii i Severusie i ich dziwnych zachowaniach przez co rano wstawała przygnębiona jeszcze bardziej niż poprzedniego dnia. Jedynie rodzice Lily i Bill (który sam był tak podekscytowany jakby to on dopiero co dowiedział się o swoich zdolnościach magicznych a nie opowiadał o nich) zdawali się mieć coraz lepsze humory. Jedynym wytłumaczeniem tego, że cała rodzina Lily nie miała jeszcze o pojęcia o jej magicznych zdolnościach był jedyny poważny i kategorycznie postawiony warunek Forsta:
- Lily jako dziecko mugoli może należeć do naszego świata pod jednym warunkiem. Nigdy, ale to nigdy nie może wspomnieć mugolom o magii! Wyjątkiem jest tylko najbliższa rodzina. A ciotkę, krewnej wujka Staszka raczej trudno jest do niej zaliczyć.

                                                                        * * *

Severus Snape siedział w głębokim fotelu w rodzinnej biblioteczce. Wydawał się bardzo zajęty lekturą, ale oczy nie poruszały się szybko, śledząc uważnie każdą linijkę. Głowa chłopaka była zaprzątnięta zupełnie inną sprawą. "Lily czarownicą? Ale to przecież niemożliwe!" myślał Sev. Pokręcił zdecydowanie głową. "Co się dzieje? Przecież powinienem się cieszyć, że bedziemy chodzić do jednej szkoły, że Lily pozna mój świat, że... będę mógł się na nią codziennie patrzeć... Może nawet ona poczuje coś więcej. " chłopak uśmiechnął się do swoich myśli. Z zewnątrz wyglądało to tak jakby przeczytał coś naprawdę zabawnego. Miał niezwykły talent do ukrywania swoich emocji. Chociaż rzadko miał okazję ten talent zademonstrować. Nie miał kolegów którzy przejmowali by się jego samopoczuciem, a jego rodzice przejmowali się nim jeszcze mniej niż koledzy. Traktowali go jak powietrze. Jeśli w ogóle byli w domu. Kochali przesiadywać w willach swoich bogatych znajomych lub na Nokturnie. Czasami wracali na noc, czasami zostawiali synowi pieniądze na zakupy w tym mugolskim mieście. Na szczęście nie znali się na monetach innych niż galeony, więc zostawiali Severusowi całkiem pokaźne sumy, które on odkładał na "gorsze czasy". Dwa tygodnie temu kiedy to on dostał list z Hogwartu na moment zwrócili na niego uwagę. Matka powiedziała ciche "Gratuluję. ", ojciec pokiwiał jedynie głową. Żadne z nich nie skojarzyło faktu pojawienia się listu, z jego 11 urodzinami, tak ważnymi dla każdego czarodzieja.
Wracając do tematu Lily. Od dawna wiedział, że czuje coś do tej rudowłosej dziewczyny, ale bał się nawet pomyśleć co stałoby się z ich przyjaźnią gdyby Lily dowiedziała się o jego uczuciu. Miał jeden sposób rozwiązania problemu. Uciec, ukryć to przed całym światem, nawet przed samym sobą. Uważał, że najlepiej będzie jeśli rozstaną się. On pojedzie do Hogwartu, ona do tej mugolskiej szkoły. Teraz sprawy się skomplikowały. Ona też jedzie do Hogwartu. Severus czuł, że ich przyjaźń niedługo się rozpadnie. On powie o jedno słowo za dużo, ona go za to znienawidzi. Chłopak wstał, założył płaszcz i ruszył w kierunku domu po drugiej stronie ulicy, nawet nie wiedząc jak blisko prawdy był. Ale nie chodziło o słowo "miłość". W śniegowej zamieci jaka rozpętała się dosłownie chwilę wcześniej sylwetka Snapa powoli zacierała się, aż w końcu całkowicie zniknęła. Chociaż dom Lily znajdował się po drugiej stronie ulicy.

                                                                       * * *

- Możesz mi powiedzieć gdzie się podziewałeś?! - Lily dostawała właśnie kolejny wykład o użyteczności magi w życiu codziennym. Jakby nie słyszała tego milion razy. Chciała w końcu spróbować tą użyteczność w praktyce! Dlatego kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi udawjąc, że naprawdę cierpi z powodu przerwy w wykładzie, wolnym krokiem poszła otworzyć drzwi. Kiedy zobaczyła w nich swojego przyjaciela na chwilę zabrakło jej słów. Ale tylko na chwilę. - Gdzie byłeś? Dlaczego tak szybko wyszedłeś? Nie byłeś ciekaw co pisze w tym liście? Dlaczego nie odezwałeś się przez 3 dni? I w końcu dlaczego zachowywałeś się jakby normalną sprawą była dla ciebie sowa przynosząca listy? Całkiem jakbyś dostawał taką na codzień!
- Yyy... Jakby ci to...
- Co się z tobą dzieje?! Od pewnego czasu ukrywasz coś, niedopowiadasz zdań!
- Lily...
- Myślisz, że tego nie widzę?! To wszy... Z czego się śmiejesz? Uważasz, że to zabawne?!
- A dasz mi coś powiedzieć?
- Przecież cały czas czekam!
- No tak... - uśmiechnął się jeszcze szerzej Severus. - Wracając do tematu. - zaczął już poważniej - Ja nie wiedziałem jak ci to powiedzieć Lily... Musiałem to sobie ułożyć... w głowie. I...
- Lily co tak długo? - przerwał całkiem nieumyślnie Bill - Jeszcze cała... O! Młody Snape! Co ty tutaj robisz? - podszedł do chłopaka z uśmiechem, który chyba nigdy nie znika z twarzy. Jak ktoś może mieć zawsze dobry humor? - Ostatnio spotkałem się z twoimi rodzicami na Pokątnej.
- Naprawdę? - zapytał udając zaciekawienie. Spojrzał dyskretnie na Lily. Dziewczyna patrzyła na nich nic nie rozumiejąc.
- Tak, tak! Zapytałem, tak z grzeczności, co sprowadza ich na Pokątną. Wymigali się od odpowiedzi. - oznajmił pół żartem Bill, ale wiadomo było, że oczekuje jakiś wyjaśnień. Severus znał Billa praktycznie od zawsze. W dzieciństwie często spotykał go, jeszcze jako świeżego absolwenta Hogwartu, u dziadków. Potem Princowie stracili życie w "wypadku". Ich dom po prostu wybuchł. Mugole wytłumaczyli to jakimś gazem, dla czarodziejów sprawa została otwarta, ale lata mijały i w końcu wszyscy zapomnieli o sprawie. Wtedy drogi Snapa i Forsta się rozeszły. Nigdy nie byli ze sobą zżyci - różniło ich ok. 20 lat. Po prostu znali się.
- Na pewno wracali z Nokturna. - oznajmił Severus. Bill tylko się roześmiał. Uznał, że więcej z niego nie wyciągnie.
- No to może powiesz mi co ciebie tutaj sprowadza?
- A może powiecie mi skąd się znacie? - Lily cały czas uważnie słuchała krótkiej wymiany zdań. "Czy Sev też był czarodziejem? Na to wskazywała cała rozmowa. Bill wspominał coś o Pokątnej. To jakaś czarodziejska ulica, więc..."
- Właśnie miałem ci o tym powiedzieć Lily. Bo ja... - zaczął Severus. Strasznie jąkał się. - Pamiętasz ten list? Ten który dostałem w swoje urodziny? - kontynuował już trochę pewniej. Lily pokiwała głową. - Jest taki sam jak twój. - wyrzucił na jednym oddechu i jakby na potwiedzenie swoich słów dał jej list. Lily otworzyła go:
Szanowny panie S. Snapie,
Mam zaszczyt poinformować, że został pan przyjęty do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. [...]
Ekspres do Hogartu wyjedzie z peronu 9 3/4 1 września o godzinie 11.00.
Wicedyrektor Hogwartu
Minerva McGonagall

Lily myślała, że po kiepskim lądowaniu sowy na podłodze przed kominkiem nic jej już nie zdziwi. Nawet nie wiedziała jak bardzo się myliła. Spojrzała na Severusa.
- Ty też? - zapytała cicho. W odpowiedzi pokiwał głową. W jej oczach zaczęły zbierać się łzy. Podeszła do chłopaka i przytuliła się mocno. Niedługo zostanie jej tylko on. Wszystko będzie nowe, inne. Nie wiedziała kiedy zaczęła płakać. Nie wiedziała czy są to łzy szczęścia, smutku czy po prostu strachu.

                                                                    * * *

- Ty też? - Severus pokiwał głową. Petunia nie wytrzymała. Wbiegła do swojego pokoju, trzasneła drzwiami i zaczęła bezradnie szlochać w poduszkę. Widziała z jakim rozmarzeniem Lily słucha o magii. Zazdrościła jej. Zazdrościła Severusowi. Rodzice cały czas gadali "Lily to..., Lily tamto..." każdy zapominał o niej. Dlaczego to ona nie dostała takiego listu? Przekręciła się na plecy i spojrzała w sufit. Chciałaby żeby TO się nigdy nie wydarzyło. TO wywróciło wszystko do góry nogami. Sama nie wiedziała co czuła. Raz była strasznie zazdrosna, że to Lily a nie ona będzie chodziła do tej "magicznej" szkoły. Kiedy indziej chciała cieszyć się razem z siostrą.

Jedno Petunia czuła na pewno. Wiedziała, że straciła najważniejszą osobę w swoim życiu. Straciła ją wraz z przybyciem tej przeklętej sowy! Na zawsze!

-------------------------------------------
Więc pierwsze koty za płoty, najtrudniejszy pierwszy raz... Znam jeszcze jakieś przysłowia ze słowem "pierwszy"? Chyba nie. Więc witam już na moim pierwszym (przestaję używać tego słowa) blogu. Chciałam jeszcze raz poprosić wszystkich lub kogokolwiek o komentarz jeśli to czytacie. Nawet jeśli jest długo po pierwszej (kurczę! znowu!) "premierze".

Powiem, że od początku planowałam długie rozdziały, a nie takie których przeczytanie zajmuje 2 minuty. Sama nie wiem jak się z tego wywiązałam. Chciałam po prostu wszystko dobrze opisać i w ogóle. Jesli myślicie, że chcę opisać całą historię Lily od początku do końca nie martwcie się! Drugi rozdział planuję zacząć małym skrótem wydarzeń i "już" wyjedziemy na platformę 9 3/4. 

Do zobaczenia,
Autorka.